2017/04/21

Powinieneś się mnie bać (18/20)

Hej!
Niespodzianka?
(Nie sprawdzałam rozdziału, jak rzucą się Wam w oczy jakieś rażące błędy, to wytknijcie mi je bez obaw).
Następny na pewno gdzieś maj-czerwiec.
Trzymajcie się!

***

xviii. Nigdy nie drwij z żywego smoka, Bilbo, stary głupcze.” – Hobbit, czyli tam i z powrotem, J.R.R. Tolkien

17.06.2016 r.

Koutarou postanowił zignorować walenie do drzwi. Co z tego, że pewnie przez czyjąś namolność, cały akademik będzie później wieszał na nim psy. Było mu dobrze pod kołdrą, oglądając po raz kolejny z obojętnym wyrazem twarzy sceny z horrorów, które znał niemal na pamięć. Keiji miał klucze, więc pewnie jak zawsze zakradnie się w którymś momencie, zajrzy sprawdzić, co robi, a po krótkim cmoknięciu go w czoło, poprosi, żeby się już położył. Nie lubił, kiedy Koutarou z uwielbieniem włączał kolejne filmy, wyglądał za każdym razem nieswojo, ale mimo wszystko tolerował jego dziwne nawyki. Nigdy nie usłyszał od Keijiego złej rzeczy na swój temat, jak gdyby płynnie zrozumieli się, że po prostu czasem potrzebuje oderwać się do świata.
Sam nie był pewny, skąd wzięło mu się to zamiłowanie do horrorów, lecz tak długo, jak dawało mu nieco niepokojący, wewnętrzny spokój, uznawał to za dobrą rzecz. Wszystko było dla ludzi, tylko należało korzystać z tego z umiarem.
Dlatego skulił się bardziej, zarzucając sobie kołdrę na głowę, żeby nie słyszeć niczego, co dochodziło zza drzwi. Jednak jednemu słowu udało się przez nie przedrzeć.
– Bokuto! – Głos przypominający ten Kuroo zawył na korytarzu.
Zawahał się. Było wciąż dość wcześnie, właściwie ciągle przed dwudziestą, ale dzięki szczelnie zasłoniętym roletom w pokoju panował mrok.
Wzdrygnął się, słysząc szczęk zamka. Wyplątał się spod kołdry, stając chwiejnie na nogach. Przechodząc na korytarzyk, zatrzasnął ekran laptopa, kończąc jęki rozcinanej piłą kobiety. Przedpokój zalało ostre światło wpadające przez drzwi. Koutarou zacisnął powieki, czując łzy napływające mu do oczu. Kiedy ponownie je otworzył, widział krążące wokół Keijiego czarne plamki.
Kuroo zatrzasnął za sobą drzwi, popychając Akaashiego do przodu. Kiedy znowu znaleźli się wśród ciemności, Tetsurou zaklął, szukając po omacku włącznika dla górnej lampy. W końcu mu się to udało i Koutarou mógł przyjrzeć się ich dwójce. Keiji patrzył tępo na swoje nogi, a jego mina była tak nienaturalna, że z miejsca zrozumiał, że coś się stało.
Podszedł do Akaashiego i spróbował przygarnąć go do siebie ostrożnie, przytulić, jednak ten odskoczył jak oparzony. Zrobił kilka kroków w tył, wpadając na Kuroo, aby tylko znaleźć się jak najdalej od Bokuto. Zabolało.
– Co się stało? – zapytał cicho Tetsurou, który przytrzymał Keijiego w pionie, gdy ten z trudem odzyskał równowagę, stojąc niepewnie – skulony, wręcz skurczony, jak gdyby chciał się przed kimś ukryć. I cały czas wpatrywał się w swoje buty. Koutarou popatrzył na nie uważniej, ale oprócz brudnych podeszew oraz brunatnych, wyschniętych kropek na czubkach, nie dostrzegł w nich nic dziwnego.
Kuroo przygryzł wargę, spoglądając na niego dziwnie. Nie umiał nawet powiedzieć, czy było w tym wzroku więcej powagi, strachu czy złości na samego siebie.
– To raczej długa historia – mruknął, zerkając na Keijiego. Nie trzymał go już za ramiona, ale obaj widzieli, że coś złego się z nim działo. Gdy nagle rzucił się na kolana, rozwiązując w przerażającym pośpiechu buty, niemal zrzucając je ze stóp, jak gdyby go paliły, Koutarou przyklęknął przy nim, łapiąc go za nadgarstki.
Keiji się szarpał, wyrywał ręce, ale to zmusiło go do spojrzenia na Bokuto.
Wyglądał, nie tylko jak sarna złapana w reflektory samochodu po wyskoczeniu na drogę. Wyglądał, jak sarna sekundę przed zostaniem potrąconą, chwilę przed wpadnięciem na maskę auta, która już wiedziała, że nie ma ani jak, ani gdzie uskoczyć, ale wciąż nie rozumiała, że zaraz zginie.
Koutarou puścił go odruchowo, odsuwając się do tyłu. Akaashi chwycił w ręce buty i poszedł do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. On natomiast posłał ciężki wzrok Kuroo, jednocześnie czując, jak jego żołądek wykręca się na drugą stronę. Na moment go zemdliło.
– Mamy czas – stwierdził, kiedy udało mu się wydobyć jakikolwiek dźwięk z gardła, ignorując mdłości. – Nie zamierzam cię stąd wypuścić, dopóki w końcu nie dowiem się wszystkiego.
Kuroo zamknął oczy, oddychając ciężko. Mimo wszystko skinął głową.

Tetsurou siedział na łóżku, przejeżdżając dłońmi po kołdrze, podczas gdy on stał w progu pokoju, słuchając uważnie dochodzących z łazienki odgłosów obsesyjnego czyszczenia. Od czasu do czasu dobiegał z niej też głuchy huk, odgłos butów uderzających o kafelki. Koutarou pilnował, żeby drzwi do niej były uchylone, aby przez wąską szparę mógł widzieć Keijiego klęczącego na zimnej posadzce obok prysznica, garbiącego się nad tymi nieszczęsnymi butami. Jego ruchy były konwulsyjne, paranoicznie oglądał z każdej strony niemalże czysty but, czystszy niż w dniu zakupu. Za każdym razem dostrzegał na nim coś, o czym Koutarou nie miał pojęcia i wracał do żarliwego czyszczenia.
Bokuto zacisnął zęby, zwracając wzrok na Kuroo.
– Więc? – spytał, krzyżując ręce na piersi. Dobrze, że wcześniej wziął podwójną dawkę leków na uspokojenie. Keiji, gdyby… Gdyby Keiji zachowywał się normalnie, z pewnością by zauważył, że był nadmiernie spokojny. Tetsurou najwyraźniej nawet nie zwrócił na to uwagi. Koutarou za to cieszył się przyjemnie przytępionym odczuwaniem wszystkiego. Zawsze czuł po lekach specyficzną pustkę. To był ten dobry rodzaj nie myślenia o niczym, kiedy życie toczyło się nadal, a on jakby zwalniał, pozbywał się nieprzyjemnych wspomnień i nagle mógł odetchnąć z ulgą.
– I co ja mam ci powiedzieć? – jęknął Kuroo, chowając twarz w dłoniach. Bokuto z pewnym opóźnieniem zanotował, że trzęsły mu się ręce.
– Może prawdę? Chociaż ten jeden raz – wymamrotał. Spojrzeli na siebie, a Koutarou starał się przypomnieć sobie moment, w którym z najlepszych przyjaciół na śmierć i życie, tylko jemu zaczęło się wydawać, że wciąż dobrze się dogadują. Po minie Kuroo wyglądało na to, że nie miał on już do Bokuto ani grama dawnego niezachwianego zaufania.
– Akaashi uratował mi życie.
Wyczuł, że było jakieś niewypowiedziane „ale”.
– I tak się zachowuje? Bo uratował ci życie?
– Bo to nie skończyło się dobrze.
– To znaczy? – drążył. Gdyby nie leki, już czułby zniecierpliwienie. – Keiji żyje, ty żyjesz, co jest nie tak?
– Zabiliśmy go.
Koutarou był pewny, że coś źle zrozumiał. Zmarszczył brwi, próbując się bardziej skupić, jednak w głowie wciąż pobrzmiewało mu nieznośnie „Zabiliśmy go”.
Wzdrygnął się, kiedy drzwi od łazienki uderzyły w ścianę. Keiji otworzył je z impetem, ściskając w dłoni telefon. Jego ręka była cała zaczerwieniona, poraniona szczotką do czyszczenia w kilku miejscach aż do krwi.
– Keiji? – rzucił, łapiąc go za łokieć. Akaashi próbował wyjść na korytarz.
– Idę zadzwonić. – Jego głos był tak nieprawdopodobnie nieswój. Tak nienaturalny, mechaniczny i słaby, jak gdyby należał do kogoś innego.
– Po co? Keiji, nie wychodź…
– Do matki. Muszę zadzwonić do matki.
– Keiji… Co ci się stało w ręce? – zapytał, łagodnie biorąc jedną dłoń w swoją. Chciał jej dotknąć, jednak skóra była zbyt wrażliwa, wydawało mu się, że nawet zwykłe trzymanie za rękę go bolało.
– Były brudne – odparł bezbarwnym tonem, wychodząc na zewnątrz. Koutarou obrócił się w stronę Kuroo, który stał przy nim i przez całą tę wymianę patrzył na Akaashiego z zaniepokojeniem.
– Nie powinieneś pozwolić mu wyjść – stwierdził. Bokuto wziął głęboki oddech. – On jest w szoku, nie wiesz, czy nie zrobi czegoś głupiego…
– Czy ty go widziałeś?
Tetsurou popatrzył na niego bez zrozumienia.
– Oczywiście, o co…?
– Miałeś na myśli, że to Keiji zabił tego kogoś, prawda? – wymamrotał, czując suchość w gardle. Kuroo zbladł, wstrzymując gwałtownie oddech. Koutarou miał ochotę zaśmiać mu się prosto w twarz. Zamiast tego zacisnął zęby, mówiąc: – Kto to był?
Brunet pokręcił natychmiast głową. Próbował powiedzieć coś trzy razy, lecz co otworzył ust, nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Za każdym razem słyszał jedynie nerwowy wdech i jeszcze bardziej histeryczny wydech – nierówny, niespokojny, jak gdyby dopiero teraz uderzała w Tetsurou cała powaga sytuacji, jakby zaczynał w końcu opadać powoli z sił wraz z resztkami adrenaliny krążącymi w jego żyłach.
Bokuto nie mógł zdobyć się na to, żeby mu nie współczuć. Ale jednocześnie nie chciał tego robić. W dość niezrozumiały sposób wydawało mu się, że zdradziłby tym Keijiego, że sprawiłby, że straciłby on prawdopodobnie jedyną osobę, której w tej chwili potrzebował.
Przejechał dłonią po twarzy, starając się zebrać rozbiegane myśli. Nie wychodziło mu to. I to zanim leki przestały działać.
Przełknął nerwowo ślinę, ponieważ kolejne oddechy brał z trudem, gdy czuł się, jakby połknął kilogram piasku.
– To moja wina – usłyszał drżący głos Tetsurou.
Coś w nim pękło. Nagle, chociaż nawet tego nie chciał.
– Wiem! Wiem, że to twoja wina! Kogo by innego? – warknął Koutarou, uderzając pięścią we framugę. Ból był nieznaczny, tlący się jak dogasająca świeczka. – Kto to był?
Kuroo pokręcił głową, szybciej niż poprzednio, bardziej panicznie.
– Nie wiem! – odparł, wplatając palce w swoje włosy i ciągnąc je gorączkowo.
– To dlaczego? Dlaczego chciał cię zabić? – Domagał się odpowiedzi. Musiał ją dostać. Nawet najgorszą. Musiał.
Jego przyjaciel cały się trząsł. Jego ciałem niemal miotało coś z wnętrza, coś paranoicznego. Szybko też to coś rozprzestrzeniło się po całym pokoju, po tej niewielkiej klitce, nagle zaciskającej się na nich, starającej się ich zagnieść, zadusić, kiedy Kuroo wydusił w końcu:
– Bo po prostu za dużo wiem. – Jego dłonie puściły włosy i znalazły się na policzkach, zaciskając palce na wrażliwej skórze. – Dowiedziałem się, co zrobiono z ciałem Sugawary.
Bokuto poczuł, że robi mu się słabo. Kiedy brał powoli oddech, drżący i niepewny, dzwonił mu on w uszach nieubłaganie, sprawiając, że zakręciło mu się w głowie.
To nie miało żadnego sensu.
Niby wiedział, ale nie. Zawsze gdzieś w środku, bardzo, bardzo głęboko miał swoje przeczucia, kołatała się w nim niepewność, lecz mimo wszystko… On nigdy…
– Co? – wykrztusił w końcu, słowo z trudem przeszło przez jego wysuszone gardło. Ten jeden, urwany dźwięk był ciężki na jego języku, miał cierpki smak tego smutnego, okrutnego uczucia.
– Wiem, co zrobili z ciałem Sugawary po jego śmierci – ciszej, ledwie dosłyszalnie potwierdził Kuroo. Jego głos łamał się na każdym pojedynczym słowie. I co z tego? Koutarou chciał wiedzieć, co mu teraz po tej skrusze, po naiwnym przyznaniu się do wszystkiego?
– Nie… Ty naprawdę jesteś w to zamieszany…
– To nie jest takie proste…
Myślał, że jeśli choć jedną rzecz znał dobrze w swoim życiu, byli to jego przyjaciele. Ta drobna, niewielka garstka ludzi, którym ufał tak bezgranicznie i tak intensywnie, że był ślepy na wszystko inne, na wyraźne znaki, na nerwowe gesty. Wszyscy oni kłamali tak samo, a Koutarou myślał, że ich znał. Tak się robi z przyjaciółmi, bierze się pewne rzeczy za pewne, nie kwestionuje się, staje się za nimi murem w każdej sytuacji. Oni wiedzieli wszystko o nim i myślał, że może i on rzeczywiście też wiedział o nich wszystko.
Może był ignorantem. Może był naiwny. Ale nigdy przenigdy nie przygotowywał się na coś, co miało go tak boleć. Nigdy nikt aż tak bardzo go nie zawiódł, nie sprawił, że nie miał już dłużej pojęcia, czy jednak cały czas nie żyje w jednym, wielkim kłamstwie. Czy tylko on nie był czasem na tyle głupi, żeby tak bezwarunkowo, tak otwarcie i pewnie zaufać innym, czuć, że ma w nich pełne wsparcie, że on był dla nich wsparciem.
Koutarou otworzył szerzej oczy. Jego spocona dłoń ześlizgnęła się z framugi, a on sam zrobił chwiejny, niespokojny krok w tył. Kuroo zaalarmowany, podszedł do niego. I co z tego? Był obcą osobą. Bokuto ani razu w swoim życiu nie czuł na tyle wyraźnie, że tak naprawdę nic go z Tetsurou nie łączy. Byli przyjaciółmi. Są przyjaciółmi. Mieli być przyjaciółmi przez cały ten czas. Chciał się przyjaźnić z człowiekiem, którego w ogóle nie znał, który był mu kompletnie obcy, którego nawet nie rozumiał.
– Muszę iść, znaleźć Keijiego – odparł, pragnąc, żeby jego ton głosu wydawał się choć odrobinę stanowczy. Nie był taki, widział na twarzy Kuroo czyste, najprawdziwsze zaniepokojenie. Wyglądał wtedy trochę bardziej znajomo.
Bokuto pokręcił gwałtownie głową, obracając się i wychodząc na korytarz. Ostre, jasne światło oślepiło go, przed oczami wirowało mu przybrudzone, zielonkawe linoleum, poszarzałe ściany drżały niespokojnie. Mrugał oczami, widząc jedynie ciągle czarne punkty. Zatrzymał się na moment, opierając się ręką o ścianę. Wziął głęboki, nierówny oddech i niemal czuł jak powietrze obija się o płuca, jak prawie je rozsadza. Były tak ściśnięte, tak małe, że wydawało mu się, że nie może oddychać. Coś go dusiło od środka, jak po ciężkim, długim biegu. Nie mógł złapać oddechu, nie potrafił zrobić czegokolwiek. Oparł się czołem o chłodną ścianę, zamykając oczy.
Liczył do dziesięciu.
Po jeden szum w uszach ustał. Po dwóch przestał się trząść. Po trzech wziął mały, niepewny oddech. Po czterech jego zapadłe płuca na nowo przyjęły dawkę powietrza. Po pięciu oddychał już szybko, zapełniał deficyt tlenu. Po sześciu jego serce zaczęło bić wolniej, krew nie pulsowała już wściekle w żyłach. Po siedmiu usłyszał pierwszy dźwięk obok siebie, łagodne mamrotanie. Po ośmiu czuł rękę przytrzymującą go za ramię. Po dziewięciu zatrząsł się na nogach, które nie były już tylko zdrętwiały ciężarem. Głos stał się coraz wyraźniejszy, słyszał szeptane słowa, jego kark owiał ciepły oddech, znajome dłonie, teraz niewyobrażalnie gorące, ze skórą zdartą w kilku miejscach i drobnymi, już zasklepionymi ranami, złapały jego ręce. Po dziesięciu spojrzał w bok i zobaczył tam Keijiego. Odetchnął głęboko, znacznie spokojnie, z ulgą.
Keiji nie był do siebie podobny. Wyglądał jak zwierzę zabrane ze swojego bezpiecznego domu i wciśnięte do klatki. Jak bardzo smutne, cierpiące zwierzę i Koutarou wstrząsnął dreszcz, kiedy pierwsze ciche łzy zaczęły spływać po bladych policzkach, a on nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
– Kou… – wymamrotał bezradnie, jak gdyby myślał, że Bokuto będzie wiedział, co robić.
Nie wiedział.
Kiedy telefon zaczął dzwonić, wyciągnął go z kieszeni bluzy Keijiego i odebrał. Po drugiej stronie Sawamura niepewnie zadał mu jakieś pytanie. Koutarou nawet go nie zrozumiał. Słyszał słowa, ale nie składały się w żadne zdanie, nie miały sensu. Może dlatego, skoro była to jedyna myśl, jaka wciąż kołatała mu się w głowie, rozrywała go od środka i stała się nagle centrum, wokół którego kręciły się wszystkie inne.
– Kuroo wie, gdzie jest Suga – powiedział bezbarwnym głosem. Widział jak oczy Keijiego rozszerzyły się ze strachu, słyszał, jak po drugiej stronie Sawamura gwałtownie wstrzymuje powietrze.
Przerwał połączenie.

*

Daichi prawie wbiegł na stację metra, a za nim Oikawa, krzycząc do telefonu i przeklinając, że Iwaizumi nie odbierał. Dochodziła dwudziesta pierwsza.
Ludzie posyłali im dziwne spojrzenia, kiedy biegli korytarzem na odpowiedni peron. Daichi ściskał w dłoni własną komórkę, czekając aż Hanamaki oddzwoni, gdy znajdzie chwilę w pracy. Metro zatrzymało się, a oni prawie potrącając innych, ignorując wszelkie zasady dobrego wychowania, wpadli do środka.
– Hajime! – wykrzyknął Oikawa do telefonu, w ostatniej chwili łapiąc się barierki, gdy metro ruszyło z mocnym szarpnięciem. – Iwa-chan, posłuchaj, to bardzo ważne. Błagam, wiemy wszystko.
Daichi prawie się zachłysnął.
Wiedzieli wszystko. Naprawdę wiedzieli wszystko, co chcieli. Mieli najważniejszą informację.
Oplótł obiema dłońmi barierkę, trzymając się mocno, aż za bardzo, ponieważ potrzebował czegoś stałego, niezmiennego. Czegoś, co nie pozwoli mu zbyt szybko odpłynąć, dać się ponieść tej chwili, dziwnej myśli, że jednak mu się udało.
Na jednym gwałtowniejszym zakręcie, gdy obok wyłonił się peron kolejnego przystanku, zemdliło go. Jak mógł przecież zapomnieć o najważniejszym.
Do budynku akademika majaczącego się na nocnym, zakrytym chmurami niebie, szedł na słabych nogach, niepewnie stawiając każdy kolejny krok. Z wahaniem, o jakie nigdy się nie posądzał, walcząc z jedną, główną myślą.
To koniec.
To był już naprawdę koniec, jeśli tylko wiadomość od Bokuto okaże się prawdziwa. Rozwiązali zagadkę. Wielką, obrzydliwą tajemnicę, tak jak chcieli.
Daichi nie mógł pogodzić się z uczuciem ostateczności, jakie nagle było w każdym jego ruchu, każdym słowie, każdym oddechu. Oikawa znajdował się już dwa kroki przed nim, zaraz nagle niespokojnie przytrzymywał mu drzwi wejściowe do budynku.
To była straszna, czarna noc i nawet uliczne lampy zdawały się świecić blado, osowiale. Daichi wszedł do środka. Rozświetlone nadmiernie korytarze przywoływały wspomnienia wszystkich szpitali, w jakich kiedykolwiek postawił nogę. Ich kroki odbijały się echem od brudnych ścian, buty piszczały na starej podłodze. Ich dźwięk przerywał raptownie głuchą, ciężką ciszę.
Oikawa zapukał w drzwi, wyglądające jak tysiące innych w tym budynku, białe, zabrudzone na dole, ze zwisającą żałośnie klamką. Kawałek dalej, ledwie pięć kroków, może sześć, były inne. Te do starego pokoju Tooru i Koushiego.
Daichi wstrzymał oddech.
Otworzył im Bokuto, z oklapniętymi włosami i zbyt poważną jak na niego miną. Bez słowa wpuścił ich do środka, samemu zagłębiając się w półmrok. Było duszno. Wręcz wilgotno, powietrze prawie lepiło się do ciała. Każde okno było tu szczelnie zamknięte, każde drzwi, wszystko, co mogłoby dopuścić do środka chociaż odrobinę zbawiennego, świeżego powietrza. Akaashi siedział na parapecie, patrząc w szare rolety, noszące na sobie ciemne znaki martwych, rozmazanych resztek owadów.
W pokoju była jeszcze jedna osoba, siedziała spięta na skraju łóżka, skulona, jak gdyby ciężar powietrza przytłaczał ją do ziemi. Oikawa prychnął na jej widok, a w odpowiedzi otrzymał milczenie. Głuche, przerwane jedynie niepokojąco nierównymi, duszącymi oddechami. Daichi czuł się słabo.
– Jak miło znowu się spotkać, co nie? – rzucił Oikawa cierpko, głosem jednocześnie napiętym i niespokojnym. Jemu najwidoczniej też udzieliła się dziwna aura tego miejsca.
– Nawzajem – wymamrotał mężczyzna, posępnie spoglądając na Daichiego. Tooru złapał jego wzrok i uśmiechnął się kwaśno.
– Wy się nie znacie, prawda? – Przeniósł wzrok z bruneta na niego. – Sawamura, to nasz sławny Kuroo. Kuroo, to nasz kochany Sawamura. – Oikawa klasnął z zadowoleniem w dłonie, gdy skinęli sobie głowami, a dźwięk wydawał się nie na miejscu, odbijając się nieznośnym echem. Bokuto się wzdrygnął. Akaashi za to zdawał się nieprawdopodobnie otępiały. – Co taki grobowy nastrój? Powinniśmy się cieszyć, że nareszcie wszystko się zakończy.
Daichi poczuł się nieswojo, chociaż spojrzenia padły nie na niego, a na Tooru. Nawet go nie wzruszyły, stał pośrodku tego mrocznego pokoju w swoim pomarańczowym swetrze z wielkim kotem w kostiumie astronauty na przodzie i wydawało się, że jest go… Za dużo. Za bardzo. Zbyt intensywnie.
Poczuł, jak coś ciężkiego upadło mu na żołądek, gdy Akaashi otworzył usta.
– Dla ciebie jest coś miłego w rzeczach ostatecznych?
Daichiemu związało gardło, jak usłyszał ton jego głosu. Nie był ani chłodny, ani obojętny. Nie był w żadnym stopniu znajomy. Dobiegał z bardzo daleka, z nieprawdopodobnej pustki. Może łatwo byłoby go zignorować, pominąć w trakcie rozmowy, w innych okolicznościach, w innym czasie. Jednak nie tutaj. Nie teraz.
Bokuto drgnął na swoim miejscu, podchodząc do Akaashiego powoli, ostrożnie, niczym do rannego, przerażonego zwierzęcia. Oikawa jedynie zmarszczył brwi.
– A dla ciebie nie ma? – odpowiedział. Po chwili chyba sam tego pożałował, bo Akaashi parsknął śmiechem. Z jego gardła wyrwał się jedynie krótki, niepokojący chichot, a później zastygł w bezruchu, z głową odrzuconą do tyłu, upatrując się w sufit. Spomiędzy jego ust uciekało ledwie słyszalne:
– Już nie.
– Chodź, Keiji – poprosił zaskakująco łagodnie Bokuto, zmuszając go do wstania. Przytrzymując jego ramiona, zaprowadził go do łazienki, a Daichi miał wrażenie, że dłonie Akaashiego przypominały plątaninę wściekłych, czerwonych zadrapań na bladej skórze.
Kiedy zostali sami, Tooru bezceremonialnie usiadł na łóżku w odpowiednio wykalkulowanej odległości od Kuroo.
– Załatwmy to szybko – zaproponował niskim, surowym głosem. Brunet tylko wzruszył ramionami.
– To i tak już nie ma sensu.
– Gdzie się podział twój optymizm?
Kuroo popatrzył na Oikawę spode łba zmęczonym wzrokiem. Wyraźnie nie bawiły go żadne słowne gierki.
– Nie przyprowadziłeś ze sobą Iwaizumiego? – zapytał niemrawo. Może miał nadzieję, że Hajime będzie z nimi. Tak przynajmniej dla Daichiego wyglądał. Jakby czekał.
– Hajime zaraz tu będzie.
Odpowiedział mu cichy, niezrozumiale przepełniony ulgą śmiech. Czyli miał rację.
– Wiesz, na ile idzie się do więzienia z handel narkotykami? – rzucił niespodziewanie, ot tak, jak gdyby nigdy nic. Jego ton był tak beztroski, że Daichiego przeszedł dreszcz. Oikawa też nie przyjął tego dobrze.
– Ty… – zaczął, lecz przerwał, gdy wymienił z brunetem porozumiewawcze spojrzenia. Później wiedział już wszystko i nie trzeba było mówić ani słowa.
– Nie mam już siły. – Kuroo wziął głęboki oddech, zaciskając mocno powieki. Kiedy otworzył ponownie oczy, spojrzał na Tooru zaskakująco szczerze. – Do czasu wszystko jest zabawne. Dopóki niszczysz życie tylko sobie.
Oikawa milczał dłuższą chwilę. Daichi czuł, jak serce waliło mu mocno w piersi, a w uszach słyszał pulsującą krew. Jej tempo było straszne. Mrożące krew w żyłach. Niepokój, który owinął się w wokół niego zaraz po przestąpieniu przez prób tego niewielkiego pomieszczenia, teraz zaciskał się na nim mocniej, bardziej zachłannie.
Dlaczego nic nie było tak, jak powinno? Tooru miał rację, powinni się cieszyć. Powinni czuć ulgę. Dlaczego on wciąż tak samo się bał?
– Nie powiesz mi, co się stało? – spytał nagle miękko Oikawa. Kuroo zaprzeczył. I na tym wszystko się skończyło.
– To jezioro kawałek za Tokio. Zapytaj Bokuto, on będzie wiedział – powiedział jeszcze tylko brunet. – Będzie wiedział aż za dobrze.
Daichiemu wydawało się, że płacze.

*

18.06.2016 r.

Tobio stał pod ścianą sąsiedniego bloku, ale widział wszystko jak na dłoni. Matkę Hinaty. Jego ojca. Shoyo żegnającego się z Kenmą. Wsiadającego do samochodu. Odjeżdżającego z rodzicami.
Kenma spojrzał przez ramię i skinął mu głową.
– Jak ckliwie – dobiegło go ciche mamrotanie Kunimiego. Tobio popatrzył na niego kątem oka. – Nienawidzę takich ludzi.
Nie odpowiedział, jedynie naciągnął kaptur głębiej na twarz, a ręce wcisnął w kieszenie bluzy.
– Takich, których odejścia się żałuje – dodał Akira i gdyby nie obojętność w jego głosie, Tobio mógłby pomyśleć, że próbuje go pocieszyć. Prychnął pod nosem, po części przez niedorzeczności tej myśli, po części przez naiwność słów chłopaka, a po małym, drobnym fragmencie chyba też starając się pozbyć żalu.
– Niemal wszystkich ludzi ktoś gdzieś może żałować – stwierdził głucho. Nie musiał na niego zerknąć, żeby wiedzieć, że Kunimi wzruszył ramionami.
– Więc nienawidzę wszystkich ludzi – odparł po prostu, beznamiętnie.
– W tym siebie?
– Siebie najbardziej.
Tobio mruknął coś niewyraźnie, jak gdyby chciał się zgodzić, a jednocześnie zaprzeczyć. Ani jedno, ani drugie nie miało większego sensu. Kątem oka przyjrzał się Akirze, który westchnął ciężko, ze znużeniem. Nawet w ciepłym, letnim świetle słońca wyglądał na wyblakłego, przygaszonego, jakby sam pozostawał wciąż w cieniu, jakby promienie nie mogły go nawet dosięgnąć. Jego włosy były oklapłe, proste i pozbawione jakiejkolwiek objętości, a wzrokiem bez większego skupienia przebiegał po wszystkim dookoła.
– Dziękuję, że ze mną tutaj dzisiaj przyszedłeś – powiedział szeptem Tobio. Kunimi zwiesił głowę, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem. Głośniej jedynie dorzucił:
– Wracajmy do domu.
Kageyama zawahał się. Jego spojrzenie padło na Kenmę, a wtedy uświadomił sobie, że ten ani na moment, od chwili, gdy samochód z Hinatą odjechał spod budynku, nie odwrócił wzroku od Tobio. Nie patrzył na niego szczególnie intensywnie. Właściwie, gdyby nie dziwny sposób, w jaki słońce odbijało się od jego twarzy i migotało w wyczerpanym spojrzeniu, pomyślałby, że Kenma jest tak samo nim niezainteresowany jak podczas wcześniejszego spotkania.
Czuł, że Kunimi mu się przyglądał z odrobiną niecodziennej, obcej wręcz łagodności. Spomiędzy jego spierzchniętych ust wyrwało się krótkie westchnięcie i dopiero ono zwróciło uwagę Tobio.
– Idź – poradził mu Akira, wzruszając ramionami. Kageyama zacisnął mocno usta, w wąską, nieubłaganą linię, ukrywając subtelny róż swoich własnych warg. Chwila milczenia przedłużała się nieubłaganie, a Kunimi chyba pierwszy raz tak naprawdę spojrzał mu prosto w oczy, bez swojego ostrożnego, duszonego zaniepokojenia. Widocznie coś zdradziło Tobio, zawsze był raczej przewidywalny. Później dostrzegł własną, szczerą i palącą chęć do zostania odbitą w mdłych oczach, a za moment na twarzy Akiry pojawił się słaby, zmęczony uśmiech. – To nie tak, że sobie nie poradzę.
Odpowiedź zamarła na ustach Kageyamy. Przechylił jedynie nieznacznie głowę na bok, w niemym pytaniu. Kunimi znowu westchnął, machnąwszy na niego ręką.
– Idź już.
Tobio powoli skinął głową. Kiedy w kilku obrócił się znowu, zobaczył, że Kenma przytrzymywał drzwi wejściowe do klatki. W kilku krokach znalazł się przy klatce, a blondyn rzucił mu tylko jedno, kontrolne spojrzenie, zanim bez słowa wszedł do środka, a Kageyama podążył za nim.

*

Hajime cały trząsł się w środku, idąc korytarzem do pokoju komendanta. Plik kartek gniótł w dłoni, zaciskając na nich niespokojnie palce, a jego kroki wibrowały, odbijając się od wykładziny, od ścian. Ich dźwięk był zdecydowany, zdeterminowany. Jak on sam.
Komendant rzucił krótkie wejść, słysząc jego pukanie. Hajime wsunął się do środka, odruchowo prostując się dumnie, chociaż w środku nie czuł nic, prócz nietypowego, niepokojącego ciężaru, którego w żaden sposób nie potrafił się pozbyć. Zdenerwowanie? Nawet sam nie zdawał sobie sprawy ze swoich nerwowych ruchów, skoro zaraz zamiast nich pojawiały się zalążki pewności siebie, jakie usilnie starał się z siebie wykrzesać.
Nie mógł pokazać słabości, to jedno wiedział od dawna i pielęgnował w sobie tą idiotyczną myśl już przez tak przerażający bezmiar czasu, że stała się ona częścią jego samego. Podstawą. Cząstką, która była tak obca, że aż osobista.
– Przez telefon wydawałeś się bardziej podekscytowany – zauważył beznamiętnie komendant, a okulary w staromodnych, brązowych oprawkach zsunęły mu się z permanentnie zmarszczonego nosa.
Hajime odetchnął.
– Proszę o pozwolenie na wznowienie poszukiwań Sugawary Koushiego – wyrzucił z siebie jednym tchem. Komendant podrapał się po brodzie.
– Nie kojarzę, jakieś szczegóły? – zapytał, bez większego zaniepokojenia poruszając się w swoim fotelu, żeby przyjąć wygodniejszą pozycję.
– Student, który zaginął czwartego kwietnia – wyjaśnił, karcąc się w myślach, kiedy wydawało mu się, że czuje wewnątrz zawód. To oczywiste, że komendant nie musiał o tym pamiętać. Hajime zasadniczo wątpił, że ktokolwiek z komendy wciąż pamiętał o Sudze. Ludzie zawsze posiadali niesamowitą, niedoścignioną zdolność do zapominania. W szczególności o innych ludziach. – Pojawiły się nowe szczegóły dotyczące całej tej sprawy i…
– To znaczy? – przerwał mu komendant z nieuzasadnionym znużeniem. Hajime wziął głęboki oddech.
– Dostaliśmy informację o prawdopodobnym miejscu ukrycia ciała.
Komendant spojrzał na niego z nieco większym zaciekawieniem.
– Dobra robota, idź to sprawdzić – polecił, machnąwszy ręką. – Zawiadom kogo trzeba.
Hajime westchnął cicho, ale pożegnał się uprzejmie przed wyjściem z gabinetu. Dopiero na korytarzu jego pięść zderzyła się ze ścianą w jedynym akcie bezsilności, na jaki mógł sobie pozwolić. A potem poszedł zadzwonić.

*

Kenma nawet na niego nie patrzył. Ze wzrokiem utkwionym w ekranie telefonu odpisywał na przychodzące co chwilę nowe wiadomości. Tobio był więcej niż pewny, że wszystkie pochodziły od Shoyo. Za to dla niego najbardziej niezwykłą rzeczą w tym momencie było to, że w obecności Kenmy milczenie okazało się wręcz przyjemne.
Kageyama zamknął oczy, wsłuchując się w ciszę mieszkania tak bardzo, że wydawało mu się, że do jego uszu dobiegało nawet ciche stukanie palców blondyna o ekran, szum powietrza wpadającego przez nie do końca szczelne okna, a co najważniejsze ich oddechy – tak samo spokojne, identycznie nieporuszone i równomierne. Nie zauważył nawet, kiedy się tak uspokoił, w którym momencie nagle wszystkie myśli w jego głowie zastąpiła kojąca pustka, pozwalająca mu bezkarnie pływać wśród jedynie tych najprzyjemniejszych, najdroższych wspomnień.
Pamiętał Shoyo. Pamiętał nawet Sugawarę. To w szczególności było inne niż zazwyczaj. Do tej pory wspominanie o Koushim zawsze okupione zostawało rozrywającym, okrutnym bólem. Nienawiścią do siebie samego. Całą gamą złych, niszczących go emocji, niezliczonymi, drobnymi igiełkami poczucia winy, które nigdy przenigdy nie zamierzały dać mu o sobie zapomnieć.
Ale teraz. Teraz może nie zapomniał, lecz było w nim zbyt dużo spokoju, aby skupiać się na tym.
Dlatego pamiętał zagubionego siebie. Głupiego, głupiego siebie, na którego chorej drodze zbrukanej tylko tym, co najgorsze, pojawił się Sugawara Koushi. Jedyny człowiek, którego Tobio naprawdę podziwiał. Jedyny, który się dla niego zatrzymał. Jedyny, który odważył się mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
I może Sugawara nie był wcale taki wyjątkowy, może to po prostu on otoczony był zewsząd ludźmi, na których nie mógł do końca polegać, którzy przerażali go do szpiku kości. Wtedy jednak był tylko Koushi. A z nim przyszli wszyscy inni.
Tobio pamiętał swoją naiwną nadzieję. To zabawne, ciepłe uczucie, nakłaniające go do działania, do budzenia się z łagodnym uśmiechem na ustach i powtarzania w kółko, już samemu sobie w mroku nocy, że wszystko kiedyś, może niedługo, będzie dobrze. Pamiętał każdy uśmiech Sugawary, przypominający mu dom, zapewniający, że nie ma sytuacji beznadziejnych, to tylko ludzie się poddają. Za szybko, za impulsywnie rzucają wszystko za sobą, chcąc zapomnieć, uciec. Bo tak jest prościej – zepchnąć problem głęboko, głęboko i udawać, że nie istnieje, pozwolić mu się nawarstwiać, rozrastać, zatruwać sobie życia, a w końcu wypłynąć na wierzch w najmniej oczekiwanym momencie. Tym było tchórzostwo, a Koushi powiedział mu, że nie jest tchórzem.
Nie był. Teraz już nie wiedział. Za to kiedyś, rzeczywiście. Kiedy spotykał kolejnych dobrych ludzi, którzy naprawdę chcieli mu pomóc. Kunimi i Kindaichi bez słowa wpuścili go do swojego małego mieszkania, do swojego przyciasnego, smutnego życia. Kuroo postawił wszystko na jedną kartę, wyprowadził go, zabił tego zagubionego, złego Kageyamę Tobio i pozwolił mu żyć nieswoim życiem. Dopiero później okazało się, że byli zbyt beztroscy, dali się złapać w szczęśliwe zakończenie, a zapomnieli o śpiącym smoku.
Kageyama otworzył gwałtownie oczy, czując nawrót czarnych, przygnębiających wspomnień. Obrazów, które nigdy nie miały przestać mu się śnić, wbrew temu, że twarz Koushiego powoli znikała, szczegóły się zamazywały, a kontury blakły. Gdy spojrzał nieznacznie w dół, Kenma przyglądał mu się uważnie.
– Chciałeś porozmawiać? – zapytał cicho, jak gdyby nic się nie stało. Skrzywił się jedynie przy tym nieznacznie, jakby każde przerwanie ciszy było dla niego zbyt uciążliwe. Być może dlatego Tobio w odpowiedzi skinął głową, przytakując. Może dlatego dobrze się zastanowił, ułożył słowa, stworzył przekaz i wszystkie swoje uczucia zawarł w krótkim:
– Cieszę się.
Że byłeś tutaj dla Shoyo przez ten cały czas.
Że byłeś dla niego, gdy on, Tobio, nie mógł.
Że jesteś dla niego wciąż i nie zamierzasz przestać.
Że Shoyo się przy tobie uśmiecha.
Że Shoyo jest szczęśliwy.
Że znowu jest sobą, że ty jesteś sobą, że obaj jesteście wystarczająco szczęśliwi.
Kenma skinął głową, a na jego ustach zagościł miękki, lekki uśmiech. Tobio poczuł się, jakby po długiej podróży wrócił do bezpiecznego domu.