2017/05/27

Sztuka tracenia głowy (7/?)


Hej!
Znowu raczej krótko, ale tak akurat pasowało. Można powiedzieć, że coś się dzieje (wow). Mam nadzieję, że się spodoba. Dziękuję za wszystkie komentarze <3
Pozdrawiam!

***

Tym razem Michał nie mógł ominąć rodzinnego obiadku. Poza tym, nie był to taki klasyczny, niedzielny obiad, mama wystawiała prawdziwe przyjęcie dla wszystkich sąsiadek z okazji swoich imienin w sobotę, a jego obecność i tak była obowiązkowa. To nic, że rozmowę z mamą o życiu w przeciągu mijającego tygodnia odbywał na szybko, stojąc w przejściu z kuchni do salonu, gdy ona nosiła na stół przeróżne ciasta, babeczki, wędlinki i sery. I tak musiał się pojawić, pomóc w rozstawieniu filiżanek i talerzyków, a ulotnić udało mu się dopiero wtedy, kiedy wszystkie znajome jego mamy uroczyście zasiadły do stołu, przekrzykując się nawzajem, podczas gdy wymieniały ze sobą informacje na temat swojej pracy (rzadziej) oraz dzieci (o wiele częściej).
Michał uciekł na górę, do pokoju Leona, myśląc tylko o tym, jak sprzedać drobne kłamstewko o tym, że musi wracać do swojego mieszkania, bo Klopsik go potrzebuje. Wziął głęboki oddech, opierając się plecami o drzwi, kiedy tylko je za sobą zatrzasnął. Leon uniósł pytająco brew do góry, leżąc wyciągnięty na łóżku z laptopem na udach.
– Czyli już lepiej nie schodzić na dół? – odgadł, wgryzając się w jednego z małych pączków, które najwidoczniej podkradł jeszcze przed całym przyjęciem. Michał usiadł obok niego na łóżku.
– Współczuję tacie – wymamrotał, przerzucając dwa zmiętoszone swetry na krzesło stojące przy biurku. Leon pokiwał poważnie głową.
– Jagoda mówiła, że już dostał od mamy, bo pomylił jej dwie koleżanki bliźniaczki – rzucił beznamiętnie, kiedy usłyszeli odgłos przychodzącej wiadomości na Facebooku.
– Borys? – zainteresował się Michał. Leon przytaknął, odpisując. Wściekle walił w klawisze, a jego mina była wyraźnie oburzona. – Co jest?
Leon wywrócił oczami, spoglądając na niego przelotnie ponad ekranem.
– Mieliśmy chujową kartkówkę – westchnął ze złością.
– Leon…
– O Boże! – Jego brat zrobił zabawny, trudny do określenia ruch rękoma, zanim te znowu opadły na klawiaturę. – Strasznie głupią kartkówkę. Może być?
– Na pewno po prostu się nie nauczyłeś – złośliwie wytknął mu Michał, uśmiechając się półgębkiem. To oczywiście było na żarty, jednak najwidoczniej tylko bardziej Leona rozjuszył.
– Jesteś taki sam jak mama! – warknął, gniewnie zatrzaskując ekran laptopa. – Nic nie rozumiesz, więc nie ci oceniać.
Podniósł ręce w obronnym geście, mówiąc:
– Okej, okej. Spokojnie, Leoś – poprosił, podkurczając nogi, żeby wsunąć się głębiej na łóżko. – Masz rację. – Z ulgą zauważył, że jego brat nieco oklapł, zwieszając ramiona i wydając z siebie głuchy jęk. Dodał dlatego łagodnie: – Z czego była ta kartkówka?
– Z chemii – mruknął Leon, opadając na poduszki. Prawie się w nich zatopił. – Mama dostała jakichś spazmów, bo wiesz, „klasa maturalna, a to chemia, bardzo ważny przedmiot, jak ty maturę zdasz???” – powiedział, idealnie naśladując znerwicowany ton ich mamy. – Bo co, bo dostałem szmatę z amin? Dał takie pytania, że pół klasy uwaliło.
Michał machnął ręką, uśmiechając się pocieszająco.
– Nie przejmuj się, mama zawsze miała tendencje do dramatyzowania.
– No ja wiem – westchnął Leon. – Ale wiesz, jaka ona jest. Od razu najgorszy scenariusz. Bardziej się przejmuje moją maturą niż ja, a poza tym, naprawdę wystarczy mi, że w szkole w kółko słyszę „matura, matura, matura”, nie potrzebuję, żeby własna matka mi o tym przypominała, bo niespodzianka! Ja wiem. Wiem i wiem, że nic nie umiem, i jestem głupi, i po prostu mam tego wszystkiego już dość – z żalem wyrzucił z siebie jego brat, ponownie otwierając laptopa. Michał westchnął.
– Nie jesteś głupi, Leoś.
– Powiedz to nauczycielom, którzy przy każdej okazji są gotowi nam wyrzygać, jak bardzo się nie uczymy – burknął, ponownie stukając w klawiaturę, gdy odpisywał na wiadomość. – W ogóle, Jagoda bardzo chciała z tobą pogadać.
– Wiesz o czym? – spytał, lecz Leon jedynie wzruszył ramionami.
– Nie nadążam za Jagodą. Z dnia na dzień coraz bardziej przypomina mamę. – Leon wyrzucił swoje długie ramiona do góry, przeciągając się aż strzyknęło mu w kościach. – Miałem iść z Borysem i Idą do kina, ale nie, bo imieniny. Przecież i tak nie jestem tutaj potrzebny – pożalił się mu, podciągając się do góry, żeby usiąść prosto. Laptop zachybotał się na jego chudych nogach. Słysząc to, mimo woli parsknął śmiechem, za co został spiorunowany przez brata wzrokiem.
– Przepraszam, przypomniały mi się te przykre czasy, kiedy mama robiła mi przesłuchania za każdym razem, kiedy wychodziłem z domu – usprawiedliwił się Michał, na co Leon jedynie przewrócił oczami. Ręką odgarnął włosy, ciemniejsze niż te Michała, za ucho. Dopiero teraz dostrzegł, że był obcięty dość podobnie do Olka. Musiał się bardzo powstrzymać, żeby się nie uśmiechnąć.
– Nie mogę się doczekać aż skończę szkołę i się stąd wyniosę – stwierdził poważnie. – Nie wiem, jak Jagoda tu wytrzymuje. Mama wtrąca się do wszystkiego, jak Boga kocham. Ostatnio miały wielką awanturę w przedpokoju z rana, bo mama twierdziła, że Jagoda za cienko ubrała Julkę do przedszkola. Aż Filip musiał je uspokajać i w końcu oczywiście stanęło na tym, że mama miała rację.
Michał niekoniecznie zaciekawiony słuchał informacji z domu. Zastanawiał się, czy było w tym coś z jego okrucieństwa, skoro nagle życie rodzinne tak mało go obchodziło. To znaczy, przejmował się tym, co się działo, ale nie do tego stopnia, żeby nie czuć się zmęczony opowieściami o kłótniach Jagody z mamą. Zawsze się kłóciły, to nie była żadna nowość. Sam twierdził w duchu, że gdyby tylko Filip był mniej leniwy i wygodnicki, to zgodziłby się na wyprowadzkę do jakiegoś nawet małego mieszkania. Michał nie chciał być niemiły, ale nigdy nie lubił męża siostry. Wydawał mu się taki nijaki, nie umiał nawet podjąć decyzji i nigdy nie było go w domu, a mimo to wciąż powtarzał, że nie stać było jego i Jagody na własny kąt.
Leon był bystry, więc pewnie też zauważył, jak ostatnimi czasy Jagoda chodziła ciągle albo zdenerwowana, albo zmęczona. Wcale też nie pomagało to, że praktycznie sama musiała się zajmować dwójką swoich dzieci, ponieważ mąż znikał, kiedy był potrzebny, a babcia jedynie najchętniej by je rozpieszczała. Tak bardzo jak kochał swoją mamę, sądził, że przesadzała. Wiedział, że już jego wyprowadzka złamała jej serce, ale nie mogła ich do siebie przywiązać na zawsze. To nie było zdrowe.
– Ej, Michał. – Popatrzył na swojego brata, wyrywając się z zamyślenia. – Myślę, że Jagoda chce się rozwieść z Filipem.
– I dobrze by zrobiła – odparł, zanim zdążył ugryźć się w język. Spojrzał na Leona zmieszany, szybko ciągnąc: – To znaczy…
Jego brat pokiwał głową, dając mu do zrozumienia, aby już więcej nic nie mówił.
– Nie, masz rację – przyznał, bawiąc się palcami. Wyginał je, więc nieraz któryś strzyknął. Na ten dźwięk Michał zawsze się krzywił. Nie wiedział, co odpowiedzieć, dlatego z pewną ulgą dostrzegł błysk w oku Leona, domyślając się, że znalazł jakiś temat zastępczy. Dopóki nie usłyszał zgryźliwego pytania: – A co tam u Olusia? Trafiony-zatopiony?
Michał posłał mu surowe, wręcz rozczarowane spojrzenie.
– Nie dorabiaj sobie teorii, dobrze? – syknął przez zaciśnięte zęby, chociaż z trudem przychodziło mu powstrzymanie się od promiennego uśmiechu. I jeszcze ten Oluś. Zabrzmiało to tak rozczulająco, że prawie wydał z siebie bardzo żałosny dźwięk.
Leon za to roześmiał się rozbawiony.
– Jakieś kłopoty? – zapytał, poruszając znacząco brwiami. – Myślałem, że jesteś na dobrej drodze, bo co, pomagasz w tym przedstawieniu, nie?
– Nie będę o tym z tobą rozmawiać.
– Daj spokój, jestem pełnoletni, myślisz, że co? Nie wiem, jak działa ten świat?
– Właśnie tak, dokładnie, nie wiesz – potwierdził Michał znużonym tonem. Jego brat za to tylko się naburmuszył. I jak on nie był dzieckiem z tymi pyzatymi policzkami? – O, spójrz na siebie teraz. Wyglądasz jak przedszkolaki Olka.
Rozejrzał się niezręcznie dookoła, kiedy Leon wbił w niego nieprzyjemnie uważane spojrzenie. Takie, jakby chciał go przewiercić nim na wylot i zobaczyć, co było za jego plecami.
– Co? – mruknął nieznacznie zirytowany. Jego brat po raz kolejny uniósł brew do góry, a na ustach zatańczył mu złośliwy uśmieszek.
– „Olka”? To jednak widzę jakiś postęp… – znacząco zawiesił głos, a Michał jedynie wywrócił oczami, wydając z siebie przeciągły jęk.
– Daruj sobie – upomniał brata. Tylko z pozoru zabrzmiało to groźnie i Leon doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– Ale na jakim jesteście już etapie? No powiedz, nie bądź taki – męczył go dalej, odkładając laptop na szafkę nocną, żeby móc się do niego zbliżyć, przewalając się na łóżku jak kłoda. – Z Borysem bardzo wam kibicujemy, nie żeby coś…
– Powiedziałeś Borysowi – płasko rzucił Michał. Powinien się tego już dawno domyśleć. Leon praktycznie o wszystkim mówił swojemu, w końcu najlepszemu, przyjacielowi. I vice versa.
– On cię uwielbia, daj spokój, jak mogłem mu nie powiedzieć? – Jego brat parsknął śmiechem, opierając się obok niego o ścianę tak, że stykali się ramionami. – To jak? – spytał miękkim głosem, kładąc mu głowę na ramieniu. Wiedział, że Michał był słaby na takie rzeczy.
– Nie cierpię cię – wymamrotał tak dla przypomnienia, na co Leon potulnie skinął mu głową. Westchnął ciężko, zanim niechętnie dodał: – I nie wiem. Chyba jest w miarę dobrze.
– Wystawiacie to przedstawienie?
– Wszystko wskazuje na to, że tak.
– I jaki jest? – zadał pytanie, a kiedy Michał zerknął na niego z roztargnieniem, spojrzał na niego z politowaniem. – Chyba poznałeś go choć trochę bliżej, nie? Zrobił się milszy, czy nadal jest taki dziki?
– Co masz na myśli? – ostrożnie spytał Leona. Ten nie odpowiedział od razu. Postukał palcem w brodę, mrużąc powieki, kiedy patrzył przed siebie. W końcu jednak obrócił głowę tak, że mógł widzieć twarz Michała.
– Wtedy na klatce był trochę dziwny. Taki spłoszony – wytłumaczył powoli, jak gdyby sam nie wiedział do końca, jak określić zachowanie Olka.
– Ponieważ boi się psów. To pewnie dlatego.
– Ach.
Zapadła między nimi na moment cisza, zanim Leon zebrał myśli i rzucił:
– Jak to działa?
Michał zmarszczył brwi, spoglądając na niego kątem oka.
– Co masz na myśli?
– No… – Leon zawahał się, machnąwszy dłonią w powietrzu. – Przecież nawet nie wiesz, czy on też…
Westchnął ciężko, otaczając brata ramieniem.
– Nie myśl zbyt intensywnie, bo mózg ci się przegrzeje – poradził mu dobrodusznie, mierzwiąc jego włosy. Leon trochę się szamotał, a później nerwowo układał odstające kosmyki.
– Wiesz co, chciałem być po prostu fajnym bratem – warknął z urazą. – A ty tego jak zwykle nie doceniasz.
– Nie przesadzaj.
– Po prostu… – Ton głosu Leona zrobił się nagle dziwnie niepewny. – Po prostu chciałem wiedzieć, skąd wiesz, że z tego może coś wyjść.
Poklepał brata po policzku tak naprawdę tylko dlatego, że szukał jak najszczerzej odpowiedzi. Ten ton był zbyt poważny, żeby żartować, a jednocześnie sam nie miał wszystkiego aż tak poukładanego. Michał z natury był chaotyczny, to chyba jakaś typowa cecha dla artystów. W szczególności najwyraźniej tych dość słabych.
– Nie wiem – powiedział łagodnie. To była prawda. Może Olek dawał mu pewne sygnały, ale wcale do końca niczego nie wiedział. Chociaż ostatnio… Ostatnio chyba za bardzo zaczął w to wszystko wierzyć, spychając na samo dno swojego umysłu myśl, że jeszcze wszystko może pójść w diabły. Albo przez niego, albo przez Olka.
Leon milczał, wtulając się nieco bardziej w jego bok.
– O czym myślisz? – spytał cicho, chyba wyczuwając jego napięcie. Michał lekko wzruszył ramionami.
– Tak ogólnie – stwierdził, chociaż tak naprawdę przypominał sobie cały ostatni dzień w przedszkolu. Na jego twarzy samoistnie zagościł ciepły uśmiech. Jego brat poruszył się przy jego boku niespokojnie. – Co jest? – rzucił ostrożnie.
– Borys – wymamrotał Leon niewyraźnie. Michał skupił się na nim bardziej, czekając na ciąg dalszy. Po długiej chwili ciszy zakłóconej jedynie dźwiękami rozmów z dołu, w końcu usłyszał: – Wydaje mi się, że Borys lubi Idę.
W milczeniu skinął głową, na znak, że zrozumiał, po czym cicho zapytał:
– A ty? – Leon popatrzył na niego pytająco. – Co ty o tym sądzisz?
Jego brat powoli, z pewnym wahaniem wzruszył ramionami.
– Wydaje mi się, że nic – zaczął niepewnie. Nawet jeśli sam tego nie zauważał, jego głos trochę drżał, przez co brzmiał nieszczerze. – Wiesz, lubię ich oboje. Może Borysa bardziej, bo znamy się dłużej, ale Ida też jest w porządku.
– Więc? – naciskał.
– Co więc?
– W czym problem?
Leon zacisnął usta w wąską linię, jakby chciał się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś impulsywnego. Za moment jednak rzucił:
– Bo oni jakoś zawsze ze sobą gadają i czasami, kiedy podchodzę, to wiesz, przestają. Jakby coś ukrywali. I to jest bardzo nie w porządku, bo w końcu jesteśmy przyjaciółmi? I boję się, że coś się dzieje, a ja o tym nie wiem, bo mi nie ufają na tyle, żeby mi powiedzieć? – Głos jego brata wraz z każdym kolejnym słowem brzmiał na coraz bardziej spanikowany. Michał wziął głęboki oddech.
– To porozmawiaj z nimi. Na osobności. Szczerze – poradził mu, łagodnie odgarniając mu włosy z twarzy. Leon przez chwilę się nie ruszał, po czym odpowiedział:
– Tak zrobię, dzięki, Michał.
Pokiwał delikatnie głową, uśmiechając się ciepło.
– Będzie dobrze, zobaczysz. Pewnie jesteś trochę przewrażliwiony – uświadomił mu. – Najważniejsze, żebyś dał im wszystko wyjaśnić i nie popadł w żadną paranoję. Żadnych niedopowiedzeń jak z komedii romantycznych.
Leon parsknął nieco wymuszonym śmiechem, ale Michał poczuł, że powoli się rozluźnił.
– Masz rację. Dziękuję – rzucił, przymykając powieki.
Nie zauważył, kiedy zachciało mu się tak bardzo spać, że oparł głowę o ścianę, zamykając oczy i zasnął, słuchając miarowego oddechu młodszego brata.

*

Klopsik oszalał z radości na jego widok. Prawdę mówiąc, sam Michał miał ochotę dziękować niebiosom, że wypuściły go w jednym kawałku z domu rodzinnego. I to nawet przed dziesiątą wieczór. Gorzej, że jego niewdzięczny szczeniak ślinił się i merdał nerwowo ogonem tylko dlatego, że chciał wyjść na spacer, a on naprawdę nie miał siły. Poza tym, w mieszkaniu panował specyficzny zapach, który rozpoznał by w każdym miejscu i o każdej porze, więc nie uważał, że znowu Klopsik potrzebował załatwić się na zewnątrz.
Michał był na tyle dobrym człowiekiem, a złym obywatelem, że wyszedł jedynie przed klatkę, pozwalając szczeniakowi pokręcić się za żywopłotem pod oknami mieszkań całe piętnaście minut. Po powrocie do domu, Klopsik stracił nim całe zainteresowanie i zasnął na posłaniu zawinięty w kłębek, wystawiając w stronę Michała swój puchaty zad.
Nie miał nawet ochoty się obrazić, ponieważ to wymagało dodatkowych nakładów energii. Zegar w kuchni gnębił go, wskazując późną godzinę. On natomiast miał jeszcze kanapę do rozłożenia, bo rano, jak ostatni głupek, postanowił być poprawnie funkcjonującym dorosłym i posprzątał cały, co najmniej trzytygodniowy bajzel zalegający w mieszkaniu. I co z tego, skoro Klopsik zadbał, żeby całość wróciła mniej więcej do stanu wcześniejszego.
Wpadł w jakiś dziwny letarg, próbując dojść do tego, który bok prześcieradła jest dłuższy, ale wyrwał go z niego dziwny odgłos. Coś trzasnęło. Zadźwięczały klucze. Niepokojąco blisko. A później ktoś próbował otworzyć nimi zamek od jego drzwi, co oczywiście mu nie wyszło. Wtedy jednak Michał doskoczył już do wejścia, otwierając je gwałtownie, z wyjątkowo durną odwagą, jak na zaspanego człowieka na pięć przed pierwszą.
Aleksander przekręcił powoli głowę na bok, trzymając w dłoni klucze do swojego mieszkania. Wypuścił ze świstem powietrze, przyglądając się Michałowi, po czym oparł się całym ciężarem swojego ciała o framugę.
I parsknął śmiechem.
A później jego usta rozciągnęły się w szerokim, przesadnie wesołym uśmiechu, a Michał wziął głębszy wdech, wyczuwając w powietrzu między nimi zapach alkoholu.
– Hej – rzucił Olek, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Oparł policzek na ramieniu, chwiejąc się nieco na nogach.
Z zakłopotaniem rozejrzał się dookoła, wyjrzał też ponad ramieniem Aleksandra na klatkę, lecz nie zauważył nic niepokojącego. Prócz samego Olka.
– Pomyliłeś mieszkania – wydusił w końcu, czując się dziwnie pod tym pogodnym spojrzeniem, mogąc widzieć promienny uśmiech. Aleksander wybuchł szczerym, czystym śmiechem, który odbił się echem od każdej ściany na klatce.
– Naprawdę? – spytał i tutaj pierwszy raz zaplątał mu się język, a samogłoski nienaturalnie wybrzmiały dłużej. Michał mało delikatnie wciągnął go do swojego mieszkania. Na korytarzu słyszalne było każde ich słowo, a wolał pozostawić całość dla siebie. Klopsik ani drgnął, kiedy Olek przeszedł śmiesznie do pokoju, a gazety szeleściły pod jego butami, dopóki nie usadził go na kanapie.
– Przyniosę ci może wody… – zaproponował niepewnie, jednak nie był w stanie odejść nawet na krok.
– Nie trzeba, Michaś – odparł oszałamiająco szczerze Aleksander, uśmiechając się do niego słodko. Michał odchrząknął znacząco, naprawdę starając się przekonać, że cała nietrzeźwa życzliwość wcale nie robiła na nim uwagi. W końcu co ujmującego mogło być w Olku, który zaskakująco chętnie pokazywał mu swoje przesadnie równe zęby, chichocząc. Który w dodatku pochylił się mocno w jego stronę, opierając się policzkiem o klatkę piersiową Michała. – Jesteś ciepły – zauważył niemal sennie, rozleniwiony, ale wciąż czule spoglądający mu w oczy. – Taki prawdziwy – dodał jeszcze śpiewnie.
Michał wziął twarz Aleksandra w dłonie i przyjrzał się jej uważnie. Jego oczy zaszły mgiełką, zdawały się tylko częściowo obecne. Nie był może absolutnie pijany, raczej lekko podchmielony. Ale tyle wystarczyło, aby uśmiechał się bez oporów, wybuchał śmiechem, kiedy popadnie i raz po raz mierzwił sobie włosy tak, że za każdym kolejnym razem wyglądały coraz zabawniej. Michał przyglądał się mu niespodziewanie ciepłym wzrokiem, trochę jak na niegroźnego wariata, ale, co ważniejsze, jego wariata. Nigdy wcześniej nie widział w Olku tyle naturalności. Jeżeli poprzednio czasami mu się wydawało, że był autentyczny i szczery, teraz podchodził do tego ostrożniej. Ponieważ widział przed sobą po raz kolejny kogoś innego.
Zastanawiał się, czy Aleksander kiedykolwiek gubił się w tym wszystkim, w sobie samym. I czy to nie była kolejna jego wersja, kolejna do tej pory mu nieznana twarz.
Michał wstrzymał oddech, a oczy Olka świeciły się w mdłym świetle tylko jednej nocnej lampki. Odbijały jej światło, które chociaż trochę wypełniało pustkę, jaką w nich zobaczył.
I nagle dostrzegł, że palce Aleksandra przebiegające przez jego włosy drżały nieznacznie, a sam gest nie był wcale nonszalancki. Każde parsknięcie śmiechem było w rzeczywistości głuchym, nerwowym dźwiękiem. Kąciki jego ust drgały raptownie, coraz szybciej i szybciej, jak gdyby z trudem utrzymywał ten wesoły uśmiech, jakby walczył z samym sobą, bo musiał się uśmiechać, a już nie mógł ani chwili dłużej.
Czując rozgrzane policzki Olka pod skórą swoich dłoni, dotknął prawego kącika ust palcem. Ze strachem, zupełnie jakby Aleksander był rzeźbą w muzeum, która może rozpaść się w proch w przy najmniejszym dotyku, ruchu powietrza, opuszce palca przesuwającej się czule po drgającej, napiętej wardze. Rzeźbą, która rzeczywiście się rozpadła, zmieniła się w coś niesamowicie brzydkiego – spłynął jej uśmiech, z gardła wydobył się złamany, krótki dźwięk, a dłoń we włosach opadła bezwładnie wzdłuż jego sylwetki, tak samo jak spuszczona głowa starała się ukryć twarz przed czujnym spojrzeniem. Która skurczyła się, zmalała, zmieniła się w niespokojną, trzęsącą się ruinę, której palce zacisnęły się na nadgarstkach Michała, a paznokcie wbiły się w delikatną skórę, pozostawiając jasnoczerwone zadrapania.
– Olek… – wyszeptał łagodnie, odgarniając jasne kosmyki za ucho. Z trudem, ponieważ Aleksander wciąż nie chciał go puścić. Ich spojrzenia spotkały się na moment, Olek zerknął na niego ukradkiem, gdy on nie widział niczego innego poza nim. Michała ktoś torturował, wyciskając ostatnie soki z jego serca, gdy niezdarnie musiał otrzeć łzy z kącików jasnych oczu.
Aleksander wzdrygnął się tylko na początku, kiedy został objęty. Może za mocno, ale Michał bardzo chciał go tak po prostu poczuć. Jego nierówny oddech przy swoim uchu, unoszącą się i opadającą klatkę piersiową, bijące zdecydowanie zbyt szybko serce, ciepło jego ciała, to jak nieraz zadrżał gwałtowniej. Odetchnął z ulgą, czując jak Olek wtulił się w niego bardziej, oplatając go w pasie rękoma, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Było w tym coś rozpaczliwego, pewien nieuzasadniony strachu.
Michał oddychał głęboko, powoli, gładząc go wzdłuż pleców uspokajająco. I to działało. Pod palcami odczuwał uciekające z mięśni napięcie, słyszał nieco równiejszy oddech, bicie serca, a tylko jego koszulka była trochę wilgotniejsza. Pierwszy raz to Olek trzymał się go mocno, kurczowo, starał się być jak najbliżej, jak gdyby tylko w ten sposób nie miał stracić gruntu pod nogami.
– Nie zostawiaj mnie – wymamrotał nieśmiało Aleksander w jego koszulkę. Michał jedynie pogładził go po głowie. Tyle wystarczyło. – Chociaż na chwilę.
Nie musiał mówić, że nie miał zamiaru w ogóle Olka zostawiać. Ani teraz, ani później. Że nigdy nie chciał być tylko na chwilę. Ale mógł. Na moment, godzinę, dzień, tydzień i dłużej. Na tak długo, jak tylko Aleksander go potrzebował.
Wydawało mu się, że zasnął, szepcząc coś wyjątkowo głupiego. Może opowiadał o Leonie, może o sobie. Nie wiedział nawet, czy był słuchany, ale czuł, jak ciało obok niego się uspokajało, jak łagodnie wypełniało przestrzeń jego starej kanapy, jak oddech łaskotał go po szyi. Wtedy mdłe światło lampki dodawało koloru jego twarzy, rozjaśniało ją bardziej niż jakikolwiek z uśmiechów.